Nawet na wózku mogę być komuś potrzebny

Rozmowa z Jerzym Galosem
W 1992 roku przeżył tragedię - po skoku do wody, złamał kręgosłup szyjny. Od tamtego czasu jest już całkowicie zależny od drugiej osoby. Ponieważ w domu nie było odpowiednich warunków, by mógł przemieszczać się na wózku, zdecydował się przenieść do Domu Pomocy Społecznej przy ul. Nowaczyńskiego w Krakowie. Mieszka tu już dziewięć lat.
Aby wypełnić długie nieraz godziny wolnego czasu, maluje. A ponieważ ręce po wypadku również nie powróciły do dawnej sprawności, opanował technikę malowania ustami. Jego prace zachwycają wszystkich. Niektórzy, przychodząc na wystawę, mówią, że oni nie namalowaliby tak nawet rękami. Kupują jego prace, proszą o namalowanie czegoś. Janusz Galos przekonał się więc, że nawet teraz jest ludziom potrzebny.
Kiedy właściwie zaczął Pan malować ustami?
Moja przygoda z malarstwem rozpoczęła się w 2000 roku. Gdy byłem na rehabilitacji w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Rydygiera w Krakowie, za namową doktor Lankosz, zacząłem malować. To ona nakłoniła mnie, żebym coś robił, czymś się zajął. Spróbowałem i spodobało mi się to. Oglądałem też programy profesora Wiktora Zina, podglądałem go – można powiedzieć. I tak właśnie rozpocząłem przygodę z malarstwem.
Kupuję farby, pędzle, terpentynę i maluję. Pieniądze na to mam ze stypendium, jestem bowiem stypendystą Światowego Związku Artystów Malujących Ustami i Nogami z siedzibą w Lichtensteinie. W Polsce publikacją reprodukcji obrazów artystów malarzy tworzących ustami lub stopą zajmuje się wydawnictwo AMUN z Raciborza. Każdą pracę, która namaluję, wysyłam do Szwajcarii do oceny. Jeśli związek artystów stwierdzi, że rozwijam się twórczo i moja praca się spodoba, wykonywana jest reprodukcja i obraz jest wystawiany.
Na pewno moim marzeniem jest, by jak najdłużej być w Światowym Związku Artystów Malujących Ustami i Nogami i by przedłużono mi stypendium, które przyznawane jest na trzy lata. Teraz moje obrazy znowu pójdą do oceny, by stowarzyszenie mogło stwierdzić, czy rozwijam się twórczo.
Czy trudno było Panu opanować technikę? Co początkowo sprawiało Panu największą trudność podczas malowania?
Tak, początkowo było to dość trudne, np. malując drzewo, zawsze malowałem je zielone, nieważne czy było daleko czy blisko. Tymczasem ta zieleń w miarę oddalania się obiektu przechodzi w kolor niebieski. Takie właśnie dobieranie odpowiednich kolorów, mieszanie barw, sprawiało mi trudność.
A czy samo malowanie ustami nie jest męczące?
Owszem, jest. Trzeba co jakiś czas robić przerwy. Bolą mięśnie szyi, a od trzymania pędzla w ustach drętwieje szczęka. Poza tym zapach terpentyny jest też uciążliwy, zwłaszcza że malując ustami, wdycha się ją jeszcze bardziej. Po godzinie trzeba więc odpocząć i wyjechać na chwilę na świeże powietrze. Średnio obraz olejny o wymiarach 40x30 cm maluję około dwóch tygodni, tak po 3-4 godziny dziennie.
Jakiej wielkości obrazy jest panu najlepiej malować?
Obecnie maluję przeważnie obrazy olejne na płótnie, czasem akwarele. Największe mają wymiary 60x50 cm, większych niestety nie jestem w stanie już malować. Płótno musi być umieszczone na wysokości twarzy, inaczej nie dosięgnę pędzlem.
Jakie tematy w nich dominują?
Tematycznie są to przede wszystkim pejzaże, kwiaty, konie, a ostatnio z okazji Świąt Wielkanocnych, zacząłem obraz o tematyce religijnej.
Przynajmniej dwa razy w tygodniu wyjeżdżam na elektrycznym wózku w plener, np. na skałki, albo do parku, żeby odpocząć, a jednocześnie poobserwować świat. Czasem jedzie ze mną opiekun, którego proszę o zrobienie zdjęć i później patrząc na zdjęcie przypominam sobie dany widok i go maluję.
Bywa też i tak, że ktoś przynosi mi zdjęcie i chce, żebym mu coś namalował, jednak nie zawsze się na to kuszę. Wydaje mi się, że niektórych rzeczy nie byłbym w stanie wymalować.
Na pewno nie maluję portretów. Jak byłem na plenerze malarskim, profesor prowadzący zajęcia powiedział, że portrecisty to raczej ze mnie nie będzie. Trudno mi trochę zachować odpowiednie wymiary twarzy, którą maluję.
Na pewno jest jeszcze wiele tematów, które chciałbym namalować, ale mi to jeszcze nie wychodzi. Ale trening czyni mistrza, jak to mówią. Próbuję więc do skutku i myślę, że jest coraz lepiej.
Jak traktuje Pan swoją twórczość? Co w Pana przypadku najbardziej mobilizuje do dalszych starań?
Na pewno jest to dla mnie zorganizowanie sobie czasu wolnego. Druga sprawa to fakt, że ta moja twórczość podoba się ludziom. To mnie właśnie bardziej motywuje do pracy. Oceniam to tak, że jako osoba niepełnosprawna jeszcze coś potrafię zrobić, a nie tylko siedzę i czekam na innych aż coś dla mnie zrobią. Sam mogę dać coś od siebie.
Bardzo się cieszę, że jest zainteresowanie moimi pracami. Wiszą już na ścianach u mojej rodziny - u dzieci i u brata. Na wystawy przychodzą jednak też ludzie z zewnątrz, oglądają, chcą kupić moje prace. Ostatnio na wernisażu sprzedałem trzy obrazy. Daje mi to satysfakcję, jak widzę, że są zachwyceni. Twierdzą, że oni nie potrafiliby nawet rękoma namalować tak jak ja ustami. Malowanie ustami jest przecież trudniejsze - człowiek patrzy z bliska na płótno, trudniej jest więc uzyskać perspektywy.
A zdarzają się chwile, w których najchętniej wszystko by Pan rzucił i przestał malować?
O całkowitym zaprzestaniu nie ma mowy. Są jednak czasem takie prace, które mimo starań mi nie wychodzą. Wtedy zostawiam ten obraz i już go nie kończę.
Gdzie można obejrzeć Pańskie prace?
Co jakiś czas mam wystawę. Swoje prace wystawiałem już na Politechnice Krakowskiej, w Galerii Kotłownia, w Galerii Stańczyk, w Fundacji Osób Niepełnosprawnych, w Tynieckim Domu Kultury, w Zakładzie Opiekuńczo-leczniczym w Rabie Wyżnej, gdzie byłem na rehabilitacji. Miałem też dwie wystawy w naszym domu przy ul. Nowaczyńskiego – jedną na siedemdziesięciolecie domu, a drugą 23 marca 2010 roku. Stowarzyszenie tutejszego DPS zorganizowało mi wtedy wernisaż połączony z wieczorkiem poetyckim Eli Boduch.
Pomimo wielu trudności udało się Panu odnaleźć pasję i radość w malarstwie. Co dziś powiedziałby Pan osobie, która byłaby w takiej samej sytuacji jak Pan kilkanaście lat temu, po wypadku?
Taką osobę trzeba po pierwsze twardo uświadomić, powiedzieć, że przecież życie się nie kończy wtedy, gdy ktoś przestaje chodzić. Osoba na wózku też jeszcze może wiele osiągnąć. Można przecież uprawiać sport i zdobywać laury, można malować, a także robić wiele różnych rzeczy, których nawet niektórzy zdrowi ludzie nie potrafią. Świat się zatem nie kończy. Gwarantuję, że tak jest. Ja po wypadku też w pierwszej chwili przeżyłem załamanie, ale przekonałem się, że nawet na wózku mogę być komuś potrzebny.
Aby wypełnić długie nieraz godziny wolnego czasu, maluje. A ponieważ ręce po wypadku również nie powróciły do dawnej sprawności, opanował technikę malowania ustami. Jego prace zachwycają wszystkich. Niektórzy, przychodząc na wystawę, mówią, że oni nie namalowaliby tak nawet rękami. Kupują jego prace, proszą o namalowanie czegoś. Janusz Galos przekonał się więc, że nawet teraz jest ludziom potrzebny.
Kiedy właściwie zaczął Pan malować ustami?
Moja przygoda z malarstwem rozpoczęła się w 2000 roku. Gdy byłem na rehabilitacji w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Rydygiera w Krakowie, za namową doktor Lankosz, zacząłem malować. To ona nakłoniła mnie, żebym coś robił, czymś się zajął. Spróbowałem i spodobało mi się to. Oglądałem też programy profesora Wiktora Zina, podglądałem go – można powiedzieć. I tak właśnie rozpocząłem przygodę z malarstwem.
Kupuję farby, pędzle, terpentynę i maluję. Pieniądze na to mam ze stypendium, jestem bowiem stypendystą Światowego Związku Artystów Malujących Ustami i Nogami z siedzibą w Lichtensteinie. W Polsce publikacją reprodukcji obrazów artystów malarzy tworzących ustami lub stopą zajmuje się wydawnictwo AMUN z Raciborza. Każdą pracę, która namaluję, wysyłam do Szwajcarii do oceny. Jeśli związek artystów stwierdzi, że rozwijam się twórczo i moja praca się spodoba, wykonywana jest reprodukcja i obraz jest wystawiany.
Na pewno moim marzeniem jest, by jak najdłużej być w Światowym Związku Artystów Malujących Ustami i Nogami i by przedłużono mi stypendium, które przyznawane jest na trzy lata. Teraz moje obrazy znowu pójdą do oceny, by stowarzyszenie mogło stwierdzić, czy rozwijam się twórczo.
Czy trudno było Panu opanować technikę? Co początkowo sprawiało Panu największą trudność podczas malowania?
Tak, początkowo było to dość trudne, np. malując drzewo, zawsze malowałem je zielone, nieważne czy było daleko czy blisko. Tymczasem ta zieleń w miarę oddalania się obiektu przechodzi w kolor niebieski. Takie właśnie dobieranie odpowiednich kolorów, mieszanie barw, sprawiało mi trudność.
A czy samo malowanie ustami nie jest męczące?
Owszem, jest. Trzeba co jakiś czas robić przerwy. Bolą mięśnie szyi, a od trzymania pędzla w ustach drętwieje szczęka. Poza tym zapach terpentyny jest też uciążliwy, zwłaszcza że malując ustami, wdycha się ją jeszcze bardziej. Po godzinie trzeba więc odpocząć i wyjechać na chwilę na świeże powietrze. Średnio obraz olejny o wymiarach 40x30 cm maluję około dwóch tygodni, tak po 3-4 godziny dziennie.
Jakiej wielkości obrazy jest panu najlepiej malować?
Obecnie maluję przeważnie obrazy olejne na płótnie, czasem akwarele. Największe mają wymiary 60x50 cm, większych niestety nie jestem w stanie już malować. Płótno musi być umieszczone na wysokości twarzy, inaczej nie dosięgnę pędzlem.
Jakie tematy w nich dominują?
Tematycznie są to przede wszystkim pejzaże, kwiaty, konie, a ostatnio z okazji Świąt Wielkanocnych, zacząłem obraz o tematyce religijnej.
Przynajmniej dwa razy w tygodniu wyjeżdżam na elektrycznym wózku w plener, np. na skałki, albo do parku, żeby odpocząć, a jednocześnie poobserwować świat. Czasem jedzie ze mną opiekun, którego proszę o zrobienie zdjęć i później patrząc na zdjęcie przypominam sobie dany widok i go maluję.
Bywa też i tak, że ktoś przynosi mi zdjęcie i chce, żebym mu coś namalował, jednak nie zawsze się na to kuszę. Wydaje mi się, że niektórych rzeczy nie byłbym w stanie wymalować.
Na pewno nie maluję portretów. Jak byłem na plenerze malarskim, profesor prowadzący zajęcia powiedział, że portrecisty to raczej ze mnie nie będzie. Trudno mi trochę zachować odpowiednie wymiary twarzy, którą maluję.
Na pewno jest jeszcze wiele tematów, które chciałbym namalować, ale mi to jeszcze nie wychodzi. Ale trening czyni mistrza, jak to mówią. Próbuję więc do skutku i myślę, że jest coraz lepiej.
Jak traktuje Pan swoją twórczość? Co w Pana przypadku najbardziej mobilizuje do dalszych starań?
Na pewno jest to dla mnie zorganizowanie sobie czasu wolnego. Druga sprawa to fakt, że ta moja twórczość podoba się ludziom. To mnie właśnie bardziej motywuje do pracy. Oceniam to tak, że jako osoba niepełnosprawna jeszcze coś potrafię zrobić, a nie tylko siedzę i czekam na innych aż coś dla mnie zrobią. Sam mogę dać coś od siebie.
Bardzo się cieszę, że jest zainteresowanie moimi pracami. Wiszą już na ścianach u mojej rodziny - u dzieci i u brata. Na wystawy przychodzą jednak też ludzie z zewnątrz, oglądają, chcą kupić moje prace. Ostatnio na wernisażu sprzedałem trzy obrazy. Daje mi to satysfakcję, jak widzę, że są zachwyceni. Twierdzą, że oni nie potrafiliby nawet rękoma namalować tak jak ja ustami. Malowanie ustami jest przecież trudniejsze - człowiek patrzy z bliska na płótno, trudniej jest więc uzyskać perspektywy.
A zdarzają się chwile, w których najchętniej wszystko by Pan rzucił i przestał malować?
O całkowitym zaprzestaniu nie ma mowy. Są jednak czasem takie prace, które mimo starań mi nie wychodzą. Wtedy zostawiam ten obraz i już go nie kończę.
Gdzie można obejrzeć Pańskie prace?
Co jakiś czas mam wystawę. Swoje prace wystawiałem już na Politechnice Krakowskiej, w Galerii Kotłownia, w Galerii Stańczyk, w Fundacji Osób Niepełnosprawnych, w Tynieckim Domu Kultury, w Zakładzie Opiekuńczo-leczniczym w Rabie Wyżnej, gdzie byłem na rehabilitacji. Miałem też dwie wystawy w naszym domu przy ul. Nowaczyńskiego – jedną na siedemdziesięciolecie domu, a drugą 23 marca 2010 roku. Stowarzyszenie tutejszego DPS zorganizowało mi wtedy wernisaż połączony z wieczorkiem poetyckim Eli Boduch.
Pomimo wielu trudności udało się Panu odnaleźć pasję i radość w malarstwie. Co dziś powiedziałby Pan osobie, która byłaby w takiej samej sytuacji jak Pan kilkanaście lat temu, po wypadku?
Taką osobę trzeba po pierwsze twardo uświadomić, powiedzieć, że przecież życie się nie kończy wtedy, gdy ktoś przestaje chodzić. Osoba na wózku też jeszcze może wiele osiągnąć. Można przecież uprawiać sport i zdobywać laury, można malować, a także robić wiele różnych rzeczy, których nawet niektórzy zdrowi ludzie nie potrafią. Świat się zatem nie kończy. Gwarantuję, że tak jest. Ja po wypadku też w pierwszej chwili przeżyłem załamanie, ale przekonałem się, że nawet na wózku mogę być komuś potrzebny.


(0)

Napisz komentarz